Waśkiewicz: Ogromna krytyka, która spadła na związek była po prostu niesprawiedliwa

Na kilka dni przed pierwszym startem biathlonowej kadry w Pekinie prezes PZBiath prof. Zbigniew Waśkiewicz odpowiedział na krytykę, jaka spadła na związek po wynikach w Pucharze Świata i odniósł się do olimpijskich szans polskiej drużyny. - Czy nasz najlepszy wynik w sezonie, czyli 12. miejsce Ani Mąki daje jakieś nadzieje na lepsze wyniki? Chciałbym w to wierzyć - powiedział.

Styczeń przyniósł kilka rezultatów, które mogą wlać w serca kibiców nadzieję, że nie będzie to stracony sezon. Grudzień był jednak pod tym kątem pełen obaw. Negatywne komentarze po startach reprezentacji w pierwszym trymestrze bardzo bolały?

- Nie. Nauczyłem się już, że trzeba mocno rozróżniać komentarze, zwłaszcza po słabych występach. Z jednej strony trudno odmówić kibicom prawa do komentowania wyników sportowców, którzy uprawiają sport w głównej mierze dzięki ich podatkom, ale trzeba oddzielić merytoryczną krytykę od zwykłego narzekania czy zwłaszcza typowego dla internetu hejtu. Wydaje mi się, że wylew żółci był nadmierny i często zwyczajnie złośliwy. Wszyscy byliśmy niezadowoleni z wyników polskich biathlonistów i biathlonistek, ale ogromna krytyka, która spadła na związek była po prostu niesprawiedliwa.

Ma pan na myśli np. żarty o zmianach trenerów jak w Legii Warszawa?

- To typowy komentarz stworzony pod social media. Za każdą zmianą trenera stoi jakaś historia. Nikt nie zwalnia trenera, bo przy porannej kawie stwierdził, że mu się przestał podobać. To efekt rozmów, przemyśleń i dyskusji zarządu. Od wielu lat staram się przekazać, że mamy spory problem z doborem trenerów do kadry, zwłaszcza męskiej. Jej poziom jest po prostu na tyle niski, że żaden znany trener nie chce nawet podjąć rozmów o pracę z naszymi biathlonistami. Dlatego szukaliśmy jak najlepszych rozwiązań, ale niestety nie szło to zbyt dobrze. Po jednym z sezonów trenerzy klubowi uznali, że dużo lepiej przygotują zawodników niż kadra i zamiast zatrudniania trenera reprezentacji wsparliśmy finansowo kluby. Niezbyt znacząco, ale w danym sezonie ówczesne Ministerstwo Sport wstrzymało finansowanie. Pomysł też nie wypalił. Czasem trenerzy sami rezygnowali, czasem ich wyniki były tak słabe, że naprawdę nie było innego wyjścia. Zresztą pół żartem pół serio Tomasz Sikora, który jest autorem porównania do Legii Warszawa sam rezygnował z pracy w kadrze młodzieżowej czy asystowania trenerowi Kołodziejczykowi w pierwszej reprezentacji. I takie jest po prostu życie trenerskie. Czasem nie wychodzi, czasem coś się nie układa i nie można dalej pracować.

Którejś z tych zmian szczególnie pan żałuje?

- Myślę, że tego rozstania trenera Kołodziejczyka z kadrą męską w 2020 roku. Ta współpraca zakończyła się najlepszym od lat siedemnastym miejscem w Pucharze Narodów. Zawodnicy oczekiwali jednak jeszcze bardziej efektownego postępu, a trener tłumaczył, że to nie uda się z roku na rok. Gdyby obie strony wytrzymały wtedy to napięcie to dzisiaj kibice pewnie debatowaliby nad ustawieniem męskiej sztafety w Pekinie. Dla odmiany zawodnicy byli zadowoleni z pracy z trenerem Andersem Bratlim, ale niestety ani rezultaty w PŚ, ani wyniki badań wydolnościowych czy biochemicznych nie pokazywały żadnych postępów. Całe szczęście, że IBU przedłużyło starty 4 zawodników na kolejny sezon, bo oglądalibyśmy tylko trzech zawodników w tym sezonie. W sumie jednak niewiele to dało.

Najnowszy pomysł na kadrę seniorów zakłada, że jej opiekunem zostanie dotychczasowy trener kadry młodzieżowej. Na razie na miesiąc, ale w oficjalnym komunikacie puszcza pan oczko, że widzi go w roli pierwszego trenera również w przyszłości. Naturalna kolej rzeczy?

- Dajmy mu szansę poprowadzić naszych Panów w trzech ostatnich Pucharach Świata. Sytuacja będzie o tyle łatwiejsza, że połowę składu stanowić będą jego wychowankowie. Co dalej - zobaczymy. Rozwiązania będą się nasuwały same z biegiem czasu. Gdybym miał już dzisiaj podjąć decyzję? Nie widzę lepszego kandydata. Zwłaszcza, że grupa młodych zawodników mocno naciska starszych kolegów. A najlepiej zna ich Lepel, pod którego opieką notowali najlepsze rezultaty.

Krytycy zarzucają, że związek nie sięga po uznanych trenerów z zagranicy.

- Odpowiem prawdziwą historią, choć będzie brzmiała jak tragikomiczny żart. Podczas jednego z Kongresów IBU rozmawiałem z trenerem Wolfgangiem Pichlerem – legendą wśród biathlonowych coachów. Odchodził wtedy ze Szwecji. Nic nie zapowiadało, że ma już jakieś nowe zajęcie, więc przy kawie zaproponowałem mu pracę z naszymi biathlonistkami. Zmierzył mnie uważnie, pomyślał i odpowiedział, że nie może bo ma inne ważne zobowiązania. Grzecznie zapytałem czy może zdradzić, gdzie zamierza pracować, a on stwierdził, że nie chodzi wcale o pracę, ale obiecał już kolegom z klubu wioślarskiego, że tego lata wesprze ich w lokalnej lidze wioślarskiej. Do nas przychodzą trenerzy na dorobku, bez większych osiągnięć. Jak można takiemu trenerowi zaufać, że po jednym słabszym sezonie przyjdą świetne, skoro jeszcze nigdy nie miał dobrego? Chyba największy żal trenera Tobiasa Torgersena. Niewiele zabrakło do medali, wykonał świetną pracę i z perspektywy czasu można uznać, że oczekiwania były wówczas trochę za wysokie. Teraz wykonuje świetną pracę w Chinach, więc nie byliśmy chyba byle jakim przystankiem w jego karierze.

Jedynym zagranicznym trenerem, który zachował swoją posadę dłużej niż rok był Michael Greis. Wokół jego odejścia narosło wiele mitów, możemy dowiedzieć się jak było naprawdę?

- To długi temat. Przykre rozstanie, bo wydawało się, że trudno znaleźć bardziej zaangażowanego i wymagającego trenera. Życie pokazało inaczej. Muszę tylko przyznać, że po raz pierwszy wszystko odbyło się elegancko. Zawodniczki poprosiły mnie o rozmowę, podczas której powiedziały, że nie chcą już dłużej trenować z Greisem. Argumentowały to m. in. zbyt dużymi obciążeniami, brakiem indywidualizacji treningu, kwestiami komunikacyjnymi. Gdy Greis się o tym dowiedział to miałem wrażenie, że poczuł ulgę. On z kolei wspomniał o braku profesjonalizmu zawodniczek, wytknął wiele konkretnych zachowań. A co do obciążeń to powiedział jasno, że go interesują tylko zwycięstwa i medale. I co zrobić w takiej sytuacji? Historia jak w Legii Warszawa czy jednak typowa sytuacja konfliktu interesów i pomysłów na sportowe życie? Zmusić zawodniczki do dalszej pracy z niechcianym trenerem? W wielu krajach pewnie by tak było, ale my mamy kilkanaście seniorek, z czego dwie na poziomie TOP30 PŚ.

Swoje piętno na drugim roku współpracy z Greisem odcisnęła ponadto pandemia. Dlaczego o zakażeniach w polskiej ekipie na ostatniej prostej przygotowań do sezonu 20/21 związek poinformował dopiero w styczniu podczas ME?

- Zasugerowałem wszystkim zawodnikom, że dla ich spokoju lepiej będzie, kiedy nie będziemy na bieżąco informować o tym publicznie. Tylko dwie zawodniczki przechodziły infekcję ciężko i tak naprawdę nie było wtedy jeszcze wiadomo czy będzie ona miała większy wpływ na formę sportową. Uznałem, że sensacje dziennikarskie nie pomogą, zwłaszcza w social mediach. Znając mentalność stałych bywalców internetu ,a także podatność naszych sportowców wydawało się, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Myślę, że nic złego się nie stało.

Wiadomo już dlaczego tegoroczne wyniki są jak do tej pory dalekie od satysfakcjonujących?

- Warto o to pytać trenera Adama Kołodziejczyka i odpowiadającego za kadrę B Adama Jakiełę. Cały czas mam nadzieję, że najwyższa forma jeszcze przyjdzie. Może taki był plan od samego początku? Czas pokaże. Trzymam kciuki za naszych sportowców. Wiem, że naprawdę wszyscy ciężko trenowali. U kobiet ten niezwykle ciężki rok przygotowań z Greisem na pewno nie był czasem zmarnowanym.

Na igrzyska wysyłamy jednak tylko pięcioro reprezentantów. Po raz pierwszy od dawna nikt nie stawia polskich biathlonistek w gronie kandydatek do podium. Jakie powinniśmy mieć oczekiwania wobec nich w Pekinie?

- Trudno powiedzieć. Trzeba być realistą w oczekiwaniach. Ja generalnie nie lubię nic prorokować w biathlonie, bo to bardzo trudna do przewidywania wyników dyscyplina. Już niejeden murowany faworyt przed głównymi zawodami wracał bez medalu, a z drugiej strony mieliśmy też wiele sensacji. Czy nasz najlepszy wynik w sezonie, czyli 12. miejsce Ani Mąki daje jakieś nadzieje na lepsze wyniki? Chciałbym w to wierzyć. Byłoby wspaniale, gdyby sztafeta ukończyła start w ósemce, ale to znów tylko moje pobożne życzenie. Podsumowując, chciałbym, aby nasza drużyna biathlonowa godnie reprezentowała kraj. Żeby po powrocie nikt nie musiał się wstydzić, że coś w ich wykonaniu było dramatycznie słabe. A nawet jeśli będzie, to trudno. To tylko sport. Każdy sportowiec stając na starcie chce zająć jak najlepsze miejsce. Marzy o nim już od pierwszego dnia przygotowań. Już niedługo wszystkiego się dowiemy.

Polskę na arenie międzynarodowej reprezentowało w tym sezonie już 35 zawodniczek i zawodników. Kadra momentami przypominała poligon doświadczalny, przewinęło się sporo debiutantów. Wszystkie ręce na pokład?

- Mając świadomość, że po igrzyskach kilkoro reprezentantów może zrezygnować z dalszych startów postaraliśmy się dać szansę całemu dorosłemu zapleczu. Każdy otrzymał szansę trenowania i pokazania się trenerom i działaczom. Oczywiście kadra B miała nieco uboższe przygotowania, ale tylko pod względem lokalizacji. Większość zgrupowań letnich odbyła w Kościelisku, ale ostatnie tygodnie przed sezonem spędzili razem z pierwszą reprezentacją trenując w Obertilliach. W jednym momencie przygotowywało się tam 21 seniorów i seniorek! Zimą prawie każdy dostał szansę startu. Nie straciliśmy z oczu żadnego dorosłego zawodnika. Nawet Marcin Szwajnos, który wiosną porzucił treningi, odnalazł się jako pracownik techniczny. Równie szeroko szkoliliśmy młodzież, co przydało się gdy czołowe zawodniczki kadry młodzieżowej otrzymały pozytywne wyniki COVID. Wtedy mogliśmy sięgnąć po jeszcze młodsze zawodniczki, które całe lato i jesień jeździły na zgrupowania w ramach programu „Mały wielki Polak”. Oprócz tego mamy Akademickie Centrum Szkolenia Sportowego i Wojskowe Centrum Szkolenia Sportowego, gdzie dorośli zawodnicy spoza kadry mają szansę na uzupełnienie swoich przygotowań. No i do kompletu mamy jeszcze wsparcie z wojska, która nie tylko utrzymuje na etatach ośmioro zawodników, ale również dofinansowuje ich starty i przygotowania.

Mimo to w social mediach ciągle można przeczytać o tym, że PZBiath nie ma żadnej strategii, systemowych rozwiązań ani długofalowego programu rozwoju. Jak się pan odniesie do takich zarzutów?

- Osoby, które tak pisały albo robiły to złośliwie, albo po prostu nie wiedzą co się dzieje w PZBiath. Wydaje mi się, że we wszystkich obszarach wciąż szukamy nowych rozwiązań i działań w celu pozyskiwania nowych zawodników oraz jak najlepszego szkolenia tych, którzy już mają licencje. Myślę, że na tle innych zimowych sportów nie odstajemy jakoś znacząco, choć należy pamiętać, że kwestia korzystania z broni jest z jednej strony czynnikiem zachęcającym do uprawiania biathlonu, ale z drugiej również komplikuje sprawę. Od wielu lat organizujemy letni cykl zawodów „Biathlon Dla Każdego”. Przed pandemią było to nawet 18 zawodów w roku, w których wystartowało ponad 2500 zawodników. Niektóre rodziny jeździły po całej Polsce, żeby wziąć udział w zawodach. Zimą organizujemy od 15 do 20 dni zawodów w całości finansowanych przez związek, a w czasach pandemii dofinansowujemy organizację lokalnych zawodów dla najmłodszych, żeby nie musieli podróżować po całym kraju. Trudno sobie wyobrazić, co w tym względzie moglibyśmy robić więcej.

Może problem leży w słabości klubów oraz szkół mistrzostwa sportowego?

- Z dotacji na szkolenie dzieci i młodzieży Szkoły Mistrzostwa Sportowego i Biathlonowe Ośrodki Szkolenia Sportowego Młodzieży otrzymują od nas około 700 tysięcy złotych. W wyjątkowych sytuacjach staramy się interweniować i wspierać sportowców. W zeszłym sezonie dwóch zawodników kadry młodzieżowej zdecydowało, że do MŚJ woli przygotowywać się pod okiem trenera klubowego. Nie robiliśmy problemu, przekazaliśmy 30 tysięcy złotych na ich przygotowania oraz wspieraliśmy ich sprzętowo i diagnostycznie. Efekt? Sportowo średni, ale zawodnicy dalej uprawiają biathlon, więc jakaś satysfakcja mimo wszystko jest.

Jednym z pomysłów na rozwój polskiego biathlonu było zatrudnienie Justyny Kowalczyk-Tekieli. Po igrzyskach pani dyrektor sportowa ma dostać wolną rękę w kwestii wprowadzania zmian w organizacji szkolenia. Z dużą uwagą słuchałem jej wystąpienia na jesiennej kursokonferencji trenerów PZBiath, które w kilku miejscach było w kontrze do tego, co związek robił przez lata. Kibice spodziewają się rewolucji – słusznie?

- Rewolucję to można przeprowadzać, kiedy ma się wielkie armie. My mamy raczej skromne zaplecze - kilkunastu seniorów i seniorek. Jeśli można z nimi przeprowadzić jakąś rewolucję to chętnie posłucham jak to zrobić. Z tą wolną ręką to raczej chodziło o większy wpływ na plany szkoleniowe, na dobór zawodników czy trenerów. Justyna przyszła w sytuacji, kiedy wszystko już było poukładane. Często rozmawiamy, również o planach na kolejny sezon, bo w naszym związku nikt nie podejmuje decyzji jednoosobowo. Musimy wypracować taki pomysł na kolejne cztery lata, żeby nikt nie musiał do ostatniej chwili walczyć o to, aby zakwalifikować się na IO. Jeszcze jeden aspekt, na który bardzo liczę to większe zaangażowanie w bieżącą pracę kadry A, bo ta w tym sezonie nie była możliwa.