Roesch z motylkami w brzuchu

Belg z Saksonii powraca do Pucharu Świata z dziką kartą. Roesch chciał startować w barwach innego kraju już we wrześniu 2012 roku, jednak proces nadania obywatelstwa przedłużył się do końca stycznia bieżącego roku. Z tego powodu zawodnik nie mógł wystąpić na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Soczi. Teraz jednak znów chce zaatakować.

Do sezonu przygotowywał się w Muonio. Od 26 października do 8 listopada trenował wraz z Alexandrem Osem, kolejne dziesięć dni w pojedynkę. Ostatnie dni przed inauguracją Pucharu Świata spędza w Lillehammer.

- Powoli nie chce mi się już trenować, chcę w końcu znowu wziąć udział w rywalizacji. Chciałbym zastosować w praktyce to, na co trenowałem przez dwa lata. Wprawdzie z jednej strony jestem potwornie zdenerwowany, mam "motylki w brzuchu""Czuję się tak, jakby to był mój pierwszy pucharowy sezon" i czuję się tak, jakby to był mój pierwszy sezon pucharowy, gdyż trudno mi ocenić, co mnie czeka, ale z drugiej strony palę się do rywalizacji i nie mogę się już doczekać rozpoczęcia sezonu. Jestem bardzo niecierpliwym człowiekiem, który od razu chce iść na całość. To będzie dla mnie jedno z największych wyzwań. Fakt, że 3. grudnia w Ostersund ponownie stanę na starcie zawodów Pucharu Świata, już jest moim największym sukcesem – powiedział Roesch w wywiadzie udzielonym dziennikowi Freie Presse.

Jednocześnie Niemiec daje do zrozumienia, że drugi raz decyzji o zmianie barw narodowych już by nie podjął. - Dwa lata temu znajdowałem się w podbramkowej sytuacji i zaufałem być może nieodpowiednim osobom. I wyszło, jak wyszło. Ale jestem też człowiekiem, który doprowadza sprawy do końca, choćby się waliło i paliło. A teraz nie mam ochoty płakać nad rozlanym mlekiem. Spoglądam w przyszłość i cieszę się na nowy sezon – powiedział Roesch, dla którego zmiana reprezentacji pociągnęła wiele innych konsekwencji. 31-latek zmuszony był zrezygnować z pracy.

- Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, co za sobą pozostawiłem. Byłem dożywotnim urzędnikiem państwowym w niemieckiej policji. Fakt, że to porzuciłem, najlepiej pokazuje, jak ważny był i jest dla mnie cały ten projekt. Dużo w ciągu tych dwóch lat zaryzykowałem i zainwestowałem sporo prywatnych środków. W zasadzie byłem już na najlepszej drodze do urzędu pracy po zasiłek - w końcu byłem bezrobotny. Nie było mi łatwo. Wówczas pojawił się regionalny sponsor z Drezna, który pomógł mi stanąć na nogi. Bez niego nigdy nie udałoby mi się. Dobrze wiem, komu i co zawdzięczam – dodał biathlonista, który przed laty był wschodzącą gwiazdą niemieckiej reprezentacji. 

Gdy wygrywał swoje pierwsze zawody Pucharu Świata w styczniu 2006 roku w Ruhpolding na podium obok niego stali Rafael Poiree oraz Sergiej Czepikow. Obu wielkich mistrzów wykiwał na finiszu. Miesiąc później Roesch mógł świętować tytuł mistrza olimpijskiego w sztafecie. W zawodach o Puchar Świata ostatni raz wystartował w marcu 2012 roku.

Do powrotu do rywalizacji na najwyższym poziomie przyłożył się tytuł mistrza świata w biathlonie na nartorolkach, jaki wywalczył w sierpniu tego roku w Tjumeni. Po zawodach w Rosji udało mu się pozyskać kilku sponsorów, wcześniej był bez grosza przy duszy.

- Możesz trenować, ile chcesz, ale jeśli nie możesz opłacić hoteli albo materiałów, nie masz po co stawać na starcie. W Tjumeni już w sprincie byłem blisko wygranej. Dlatego też gdy obudziłem się następnego dnia, powiedziałem sobie:"Tjumeń to koniec pewnego etapu" Dzisiaj chcę poczuć, jak to jest, kiedy stoi się na samym szczycie. Potem wszystko idealnie się potoczyło: zwycięstwo, podium i hymn. Pod względem emocjonalnym Tjumeń znajduje się u mnie bardzo wysoko. Wówczas zakończył się pewien etap mojego życia, który upłynął pod znakiem wielu cierpień, a sukces zawsze jest cudownym balsamem
– wspominał Roesch.

Zawodnik posiada podwójne obywatelstwo. To belgijskie otrzymał szybciej niż przewidują to normalne procedury. - Zwykle w Belgii trwa to cztery lata. Kiedy odbierałem w ambasadzie w Berlinie mój belgijski paszport, pani konsul powiedziała: "Serdeczne gratulacje najszybszego przyznania obywatelstwa" – powiedział Roesch, który mimo zmiany reprezentacji w dalszym ciągu pozostaje zawodnikiem SSV Altenberg.

W tym momencie naszej opowieści o Roeschu pojawia się Klaus Siebert. Legendarny niemiecki trener z powodu choroby zrezygnował ze współpracy z żeńską kadrą Białorusi. Darię Domraczewą doprowadził do trzech złotych medali igrzysk w Soczi. Uzależnienie od biathlonu okazało się jednak silniejsze i w sierpniu Siebert powrócił do zawodu jako trener w Saksońskim Związku Narciarskim. Tam spotyka Roescha. Podejmują ze sobą współpracę.

- Od początku dobrze nam się pracowało, mimo że współpraca dotyczyła tylko omawiania szczegółów planowania oraz strzelania. Klaus Siebert to nie byle kto. Odnosił sukcesy wszędzie: w Chinach, w Austrii czy ostatnio na Białorusi. A kiedy cały czas trenujesz sam, ktoś taki, z jego doświadczeniem i inspiracją, jest niezwykle pomocny – powiedział świeżo upieczony Belg.

Zarazą zżerającą biathlon od środka jest kwestia nart. Do najlepszego sprzętu dostęp mają tylko najlepsi, co tylko potęguje różnice w stawce. Roesch ma to szczęście, że z czasów swojej młodzieńczej świetności udało mu się zachować kilka znajomości. - Od wielu lat znam ludzi z firmy narciarskiej Fischer. Dostaję od nich sprzęt pozwalający mi na konkurowanie z najlepszymi. Bez dobrych nart i najlepsza forma nie pomoże.

Jaki cel Roesch stawia sobie przed nadchodzącym sezonem? - Będę zadowolony, jeżeli po wygaśnięciu dzikiej karty w nowym roku nadal będę mógł występować w Pucharze Świata. "Marzy mi się pierwsza dziesiątka albo podium PŚ"Do tego muszę się najpierw zakwalifikować, czyli zajmować punktowane lokaty w pierwszej czterdziestce zawodów PŚ. W duchu chciałbym, oczywiście, osiągnąć więcej: marzy mi się pierwsza dziesiątka albo podium. I tu znowu pojawia się ta cierpliwość, z którą bynajmniej się nie urodziłem. Mimo wszystko jestem jednak przekonany, że mi się uda.

Powiązane osoby

 Belgia | mężczyzna | Michael Roesch