Nieoczekiwanym zwycięzcą ostatniej w tym roku pucharowej konkurencji został Arnd Peiffer. Niemiec po biegu masowym podkreślał, że cała jego drużyna miała w Hochfilzen spore problemy, a swój sukces zawdzięcza odrobinie szczęścia na strzelnicy.

Peiffer w tym sezonie startuje nieco w kratkę. Stał już na drugim stopniu podium w biegu sprinterskim w Kontiolahti, ale w Hochfilzen zajmował miejsca w trzeciej dziesiątce. Tym razem okazał się najlepszy w stawce, a to w dodatku jego pierwsze w karierze zwycięstwo w biegu masowym.

- Wczoraj nie byłem w formie. Cała niemiecka drużyna miała problemy w Hochfilzen, z formą, z nartami, ze strzelaniem. Dużo rozmawialiśmy, to nie był łatwy czas dla nas. Sukces w ostatnim starcie jest bardzo fajną sprawą - podkreślił.

Niemiec był jednym z dwóch bezbłędnych strzelców – drugim był Simon Eder.

- Wiedziałem, że muszę dzisiaj strzelać czysto, bo obawiałem się problemów na trasie. Miałem szczęście w ostatnim strzelaniu, bo drugi strzał był taki pół na pół, mógł być pudłem. W czwartek mieliśmy problemy z nartami, ale warunki się zmieniły. Wczoraj już było w porządku, dzisiaj też. Nie byliśmy zadowoleni z występów w czwartek i nastrój w drużynie był nie najlepszy – opowiedział.

Peiffer powiedział też, że święta zamierza spędzić z najbliższą rodziną, a jeszcze przed końcem roku wybiera się do Oberhofu, gdzie będzie trenować z Erikiem Lesserem.

Martin Ponsiluoma przegrał a Arndem Peifferem tuż przed stadionem, jednak Fin podkreślał, że bardziej obawiał się ataku Tarjei Boe.

- Nie chciałem, żeby Tarjei mnie dogonił. Na mecie byłem bardzo zmęczony, więc drugie miejsce jest bardzo dobrym wynikiem. Mogłem schować się nieco z tyłu, ale myślę, że to dobrze, że miałem tak dobre tempo, bo przeciwnicy byli też za nami.

Szwed początek sezonu może z pewnością zaliczyć do bardzo udanych. To jego drugie miejsce na podium, kilka razy notował lokaty w pierwszej dziesiątce. W klasyfikacji generalnej zajmuje dziewiąte miejsce, co jest sporym awansem, bowiem poprzedni sezon zakończył jako 33 zawodnik.

- Początek sezonu był bardzo dobry, poprawiłem się biegowo i wiem, że z dobrym strzelaniem mogę być w czołówce – stwierdził.

Dla Tarjei Boe to również drugie w tym sezonie miejsce na podium, które w dodatku przydarzyło się w bardzo dobrym momencie.

- Bardzo się cieszę, szczególnie, że to ostatni start przed świętami. To ważne dla psychiki, jechać w dobrym nastroju do domu. Potem można się relaksować – powiedział.  

Kluczem do dobrego miejsca jak zwykle było dobre strzelanie – Norweg zaliczył tylko jedną karną rundę. Ostatnio nie wypadał najlepiej na strzelnicy, ale sam jest pewien, że zażegnał już kryzys.  

- Biathlon jest sportem wzlotów i upadków. Strzelanie jest wszystkim, a tam nie trudno o pomyłki. Ostatnio miałem trochę problemów, ale odnalazłem moje strzelanie. Odnalezienie odpowiedniego rytmu, odpowiedniego stanu ducha było kluczem. Pewność siebie też jest istotna. 

Starszy z braci Boe opowiedział też nieco, jak z jego perspektywy wyglądała sytuacja na trasie na ostatniej rundzie biegowej. 

- Zawsze trudno jest, kiedy ma się wokół siebie wielu przeciwników, bo każdy z nich ma swoje silne i słabe strony. Wiedziałem, że Jacquelin będzie czekał na sprinterski finisz, a 9 na 10 sprintów jest wstanie wygrać. Ale z Benediktem Dollem biegliśmy przed nim i chyba nie znalazł wystarczająco dużo miejsca, żeby nas wyminąć.

Tarjei Boe planuje spędzić święta w domku w górach ze swoją partnerką, młodszym bratem i jego rodziną. Bracia zamierzają też wspólnie biegać na nartach.

Pierwsze w Nowym Roku pucharowe zawody biathlonowe zaplanowano na 8 stycznia w Oberhofie. Sprint panów ma się rozpocząć o 14.15.  

Powiązane osoby

 Szwecja | mężczyzna | Martin Ponsiluoma

 Norwegia | mężczyzna | Tarjei Boe

 Niemcy | mężczyzna | Arnd Peiffer