Misja w roli szkoleniowca polskich biathlonistów w wykonaniu Adama Kołodziejczyka dobiegła końca. - Zadaniem była poprawa rezultatów i podniesienie poziomu reprezentacji na tyle by nie było problemów z kwalifikacją na igrzyska. Od początku zakładałem jednak, że jego realizacja powinna zająć dwa lata - powiedział były już trener kadry seniorów.

Po dwóch latach pracy zdecydował się pan zrezygnować z funkcji trenera kadry mężczyzn. Dlaczego?

- Dwa lata temu widząc, że wyniki naszych biathlonistów znacznie odbiegają od pożądanych zastanawialiśmy się na komisjach szkoleniowych co zmienić. Po długiej analizie zdecydowałem się na podjęcie wyzwania, jakim było wówczas objęcie kadry mężczyzn. Zadanie było jasne – poprawa rezultatów i podniesienie poziomu reprezentacji na tyle by nie było problemów z kwalifikacją na igrzyska. Od początku zakładałem jednak, że jego realizacja powinna zająć dwa lata. Udało się w tym czasie poprawić naszą pozycję w Pucharze Narodów aż o sześć miejsc. Może dla kibiców jest to wciąż za mało, ale jestem zadowolony z pracy, którą udało nam się wykonać. Uznałem, że zrealizowałem postawione przeze mnie zadanie. Ostatnie rezultaty dają nadzieję na jeszcze lepszą przyszłość i pozwalają atakować z silniejszej pozycji startowej.

Jak dużym ułatwieniem będą te mityczne cztery miejsca startowe w przyszłym sezonie, które udało się wywalczyć rzutem na taśmę?

- Przede wszystkim pozwoli to nam na pewien margines błędu. W przypadku gorszego występu, choroby, niedyspozycji czy dyskwalifikacji nie musimy się już obawiać straty punktów, bo te zdobywać będzie trzech z czterech naszych reprezentantów. Przy tylko trzech miejscach startowych nie mogliśmy pozwolić sobie na jakiekolwiek absencje czy nieukończenie biegu. Będzie też w końcu możliwość komfortowego wprowadzania do rywalizacji pucharowej czwartego zawodnika, który będzie uzupełnieniem dla podstawowej trójki.

Konsekwentnie stawiał pan na Grzegorza Guzika, Łukasza Szczurka i Andrzeja Nędzę-Kubińca. Niektórzy eksperci telewizyjni zarzucali panu zbytnie przywiązanie do tych nazwisk. Walcząc o jak najwyższe miejsce w Pucharze Narodów i wiedząc, że każdy punkt może przeważyć chyba nie było jednak miejsca na eksperymenty?

- Były momenty, w których być może należało trochę zamieszać składem, ale zawodnicy startujący w Pucharze IBU nie dali dostatecznego pretekstu do tego by się na to zdecydować. Druga kwestia to doświadczenie tej trójki. Chłopcy niejako uodpornili się na porażki, wiedzieli, że jest to wliczone w sport, radzili sobie z tą sytuacją. Nie byłem pewien jak poradzą sobie inni.

Cennym uzupełnieniem składu i małym odkryciem sezonu okazał się jednak Marcin Szwajnos, który świetnie spisywał się w biegach sztafetowych. Warto stawiać na tego zawodnika?

- Znalezienie czwartego zawodnika do sztafety było zadaniem do wykonania na ten rok. Na inaugurację sezonu startował Mateusz Janik, który trenował z nami od początku przygotowań. Później chciałem spróbować Tomasza Jakiełę. Ten, podobnie zresztą jak Janik, rozchorował się w okresie świąteczno-noworocznym. Szansę dostał więc Marcin Szwajnos, który pokazał się z bardzo dobrej strony, nie popełniał żadnych większych błędów i niejednokrotnie poprawiał naszą końcową lokatę. Dostarczył mi sporo argumentów do tego by znaleźć się w składzie na MŚ. Obserwowałem Marcina od lat i już jako junior notował niezłe rezultaty. Oczywiście do strefy medalowej trochę mu brakowało, ale miejsca w czołowej trzydziestce dają nadzieję na przyszłość.

Początek tego sezonu był w wykonaniu naszych biathlonistów nieudany. Wszyscy spodziewali się poprawy względem poprzedniego, a było nawet ciut gorzej. Zachowywał pan spokój czy też było nerwowo?

- Nałożyło się kilka czynników, które spowodowały, że w pierwszych biegach zawodnicy nie byli w stanie pokazać pełni swego potencjału. Niejednokrotnie warunki pogodowe powodowały, że startując z wysokimi numerami nie mieli szans nawiązać walki z czołówką. Z kolei jak pogoda dopisywała to chłopcy pudłowali. Wpadliśmy w dołek, zrobiło się nerwowo, ale cały czas byłem przekonany, że jesteśmy odpowiednio przygotowani do sezonu. Sztafety, w których wszyscy mają równe warunki, pokazywały, że jest dobrze. Przecież w Hochfilzen po siedmiu strzelaniach byliśmy w pierwszej dziesiątce. Apelowałem do zawodników o konsekwencję, trzeba było robić swoje. Druga część sezonu była już lepsza.

Najwyższa forma przyszła na MŚ – bieg indywidualny, w którym dwóch zawodników punktowało, a ten trzeci był bardzo bliski punktów to był najbardziej satysfakcjonujący dzień pracy w ostatnich dwóch latach?

- Był to na pewno jeden z naszych najlepszych momentów. Wcześniejsze występy Grzegorza Guzika w sprincie i w biegu pościgowym też nas uskrzydliły. Całe mistrzostwa były jednymi z najlepszych w ostatnich latach dla męskiej grupy. Nie można też zapomnieć o piątym miejscu sztafety mieszanej na Mistrzostwach Europy. Dwóch zawodników wywalczyło sobie dzięki temu stypendium ministerialne. Było widać, że z każdym kolejnym udanym startem chłopcy nabierali pewności siebie.

Elementem, nad którym ewidentnie pracowaliście i efekty były widoczne gołym okiem to szybkość strzelania. To miał być atut pana podopiecznych?

- Rozpoczynając pracę z kadrą mężczyzn musiałem postawić diagnozę dotyczącą mocnych i słabych stron każdego z zawodników. Wykorzystując ich umiejętności uznałem, że w krótkim czasie jesteśmy w stanie znacznie poprawić czas pobytu na strzelnicy przy jednoczesnym zachowaniu lub też poprawie dotychczasowej skuteczności. Było to spore pole do popisu dla zawodników, którzy wypełnili to zadanie bardzo dobrze. Zdecydowanie trudniej jest poprawić dyspozycję biegową. Jest to proces długofalowy, gdzie dużą rolę odgrywają nie tylko cechy motoryczne, parametry wydolnościowe, ale też ograniczony dostęp do najlepszego sprzętu.

Udało się podnieść poziom profesjonalizacji męskiej kadry? Warunki treningowe były podobne do tych, w których do sezonu przygotowują się nasze panie?

- Starałem się na ile to było możliwe wprowadzać te wszystkie elementy, które z mojego punktu widzenia były pomocne w poprawie rezultatów. Ograniczał nas budżet, bo kadra mężczyzn nie może liczyć na takie wsparcie jak kobiety, ale dzięki dobrym występom w sztafecie mieszanej na MŚ w Ostersund i pod tym względem sytuacja się poprawiła. Zawodnicy na pewno odczuli to, że oprócz trenera mieli do swojej dyspozycji również fizjoterapeutę, dietetyka, lekarza, jak również coraz bardziej profesjonalny serwis narciarski oraz pełen pakiet badań wydolnościowych.

Jest szansa, że na igrzyskach w Pekinie zobaczymy męską sztafetę, która będzie walczyć o coś więcej niż tylko uniknięcie dubla?

- Przez ostatnie dwa sezony kilkukrotnie zajmowaliśmy miejsca na początku drugiej dziesiątki, na dwanaście biegów daliśmy się zdublować tylko dwa razy. Cel dla tej grupy jest jeden – zakwalifikować się całą drużyną na igrzyska. Mamy cztery miejsca startowe, będzie o to zdecydowanie łatwiej. Zawodnicy sukcesywnie zdobywają kolejne etapowe cele i jestem przekonany, że jeśli pojadą do Pekinu pełnym składem to powalczą tam o dobre miejsca. Na pewno widzę szansę na ósemkę np. w sztafecie mieszanej.

Powiązane osoby

 Polska | mężczyzna | Adam Kołodziejczyk