Rok temu jako druga Polka wywalczyła miejsce w czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Jakie cele Monika Hojnisz-Staręga stawia sobie przed nowym sezonem? - Przy dobrym biegu i strzelaniu chcę  walczyć o czołowe miejsca w każdym biegu - powiedziała.

O celach na nowy sezon, zamieszaniu związanym z wymianą trenera, startach w letnich zawodach pokazowych oraz stresie towarzyszącemu oczekiwaniom na pierwszy start - o tym rozmawialiśmy z Moniką Hojnisz-Staręgą. Zapraszamy do lektury.

Pamiętam jak w 2009 roku Tomasz Sikora na przedsezonowej konferencji zdradził swoje marzenie o byciu liderem Pucharu Świata. Nie minęły dwa miesiące, a żółta koszulka należała do niego. Skojarzyło mi się to z twoją ubiegłoroczną deklaracją chęci ustabilizowania się na poziomie pierwszej dwudziestki, też przyszło ci to nadspodziewanie łatwo. Jaki cel stawiasz sobie zatem na nadchodzący sezon?

- Deklaracja sprzed roku wydawała mi się dość odważna, bo sezon olimpijski kończyłam poza osiemdziesiątką klasyfikacji generalnej. Może faktycznie warto głośno mówić o swoich celach, bo wtedy się spełniają? Przed tym sezonem życzyłabym sobie co najmniej powtórzenia ubiegłorocznych wyników. Przy dobrym biegu i strzelaniu chcę  walczyć o czołowe miejsca w każdym biegu. Cały czas zmagam się ze strzelaniem w stójce. Mam wrażenie, że problem jest już tylko i wyłącznie w głowie. Pocieszam się tym, że w ubiegłym roku w okresie przygotowawczym też wyglądało to nieciekawie, a już na pierwszych startach zdecydowanie lepiej.

Cieniem na ubiegły sezon nie kładzie się występ na MŚ w Ostersund?

- Niestety tak i właśnie dlatego udany start na kolejnych mistrzostwach, będzie dla mnie priorytetem. Wszystkie starty pucharowe są ważne, ale nie ukrywam, że chciałabym w końcu po tylu latach ponownie wywalczyć medal. Pamiętam swój wyczyn z 2013 roku i nie chciałabym, żeby było to moje ostatnie takie osiągnięcie w życiu.

Kończąc temat poprzedniej zimy – dużą wrzawę wywołała wówczas twoja decyzja o odpuszczeniu startu w biegu pościgowym w Anterselwie. Mimo szóstego miejsca w sprincie nie stanęłaś wówczas na starcie. Dzisiaj jeszcze raz podjęłabyś taką decyzję?

- Wiem, że kibicom się to nie podobało, bo dostawałam mnóstwo komentarzy. I tych nieciekawych, i tych budujących. Nie była to łatwa decyzja, podjęłyśmy ją wspólnie z trenerką znacznie wcześniej i nie chciałam później w nią ingerować. Nie mieszkałyśmy w Anterselwie, bo pierwotnie w ogóle nie miałyśmy tam startować. Gdybym była na miejscu, to w ogóle bym nie rozważała odpuszczenia tego startu.

Miałaś wcześniej jakieś sygnały, że współpraca z trenerka Biełową zakończy się już po roku?

- Absolutnie nie. Nawet gdy rozmawiałyśmy po sezonie, cały czas była mowa o planach na kolejny rok, również pod kątem sprzętu, więc w ogóle przez myśl mi nie przeszło, że trenerka może odejść.

Jakie uczucia towarzyszyły temu okresowi już po ogłoszeniu decyzji trenerki, a jeszcze przed podaniem decyzji o zatrudnieniu Michaela Greisa?

- To nie był dobry czas. Skończył się jeden sezon, nadchodził moment, w którym trzeba było zaczynać pracę przed kolejnym, a my nie wiedziałyśmy kto będzie nas trenował. Było dużo różnych myśli, tym bardziej, że nie miałam żadnych informacji z kim prowadzone są rozmowy. Wiedziałam jedynie, że gdyby zakończyły się one fiaskiem, reprezentację miał przejąć ponownie trener Kołodziejczyk.

Gdy już do informacji publicznej podano nazwisko nowego trenera pojawiła się ulga?

- Bardziej ciekawość. Było też trochę strachu, bo nie wiedziałam czego się spodziewać. Oczywiście znałam go jako zawodnika, ale jako trenera kojarzyłam go tylko z ubiegłego roku, gdy stawał za lunetą reprezentacji USA. Zresztą bardzo często po sąsiedzku z naszym stanowiskiem. Nie miałam jednak pojęcia jaką trener Greis jest osobą, jaki system szkoleniowy wprowadzi, czy dam sobie radę. Pojawiło się wiele pytań.

Jakie były zatem odpowiedzi?

- Jest osobą bardzo pozytywną i emocjonalną. Nie lubi marnować czasu i często powtarza, że jeżeli mamy coś robić to tylko dając z siebie 110%. Trening treningiem, praca pracą, ale widzi, że zawodnik ma również życie poza sportem. Poza tym, że ceni sobie zaangażowanie i pracowitość zdaje sobie sprawę, że nie jesteśmy robotami.

Pojawiły się jakieś nowości w treningu?

- Oj, mnóstwo. Dostałam dużo podpowiedzi dotyczących techniki biegowej, jak i strzeleckiej. Czasami mam wrażenie, że jest tego aż za dużo. Skupiam się na poprawie jednej rzeczy, a dostaję już kolejną podpowiedź. Nie jest jednak tak, że trener nam coś narzuca na siłę i jeśli z czymś nie czujemy się komfortowo jest pole do dyskusji.

Ciekawią mnie kulisy twoich letnich startów w zawodach pokazowych. Wiele się mówiło zwłaszcza o zaproszeniu do Francji od Martina Fourcade’a. Startowałaś również w zawodach na ulicach Wiesbaden. Możesz powiedzieć coś więcej?

- Nie było tak, że Martin zdobył do mnie numer, zadzwonił i zaprosił. O samym pomyśle dowiedziałam się od Maćka, mojego męża, który ma dobry kontakt z wieloma  biathlonistami, w tym z Simonem Fourcadem. A to właśnie on był głównym organizatorem zawodów i wpadł na pomysł, że skoro w programie są zarówno biathlon, jak i biegi to możemy przyjechać wspólnie. Zdobył do mnie maila i później już tak się kontaktowaliśmy. Z kolei jeśli chodzi o zawody w Wiesbaden to nie ukrywam, że spora w tym zasługa trenera Greisa. Za organizację odpowiadał jego dobry znajomy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że gdyby nie poziom sportowy, który udało mi się osiągnąć ubiegłej zimy to pomimo posiadania znajomości tych zaproszeń by nie było.

Te prestiżowe starty zagranicą mogą być dowodem na to, że tam jesteś bardziej popularna niż w Polsce?

- Coś w tym jest. Nie ma co ukrywać, że są kraje, w których biathlon jest zimą sportem numer jeden. Odczułam to będąc na wspomnianych wcześniej zawodach w Wiesbaden, gdzie podchodziło do mnie z prośbą o autograf czy zdjęcie mnóstwo ludzi. Czaili się za rogiem i atakowali chmarami. W Polsce tego nie ma. Mam wrażenie, że ludzie bardziej kojarzą moje nazwisko niż moją twarz. Dzięki temu wciąż mam komfort bycia osobą anonimową.

Jesteście w trakcie zgrupowania w Idre i zewsząd słychać, że to czas na „ostatnie szlify”? Co to takiego?

- To jest czas, w którym każdy chce sprawdzić czego mu jeszcze brakuje do tego by uzyskać upragnioną formę. Mamy ostatnie specjalistyczne treningi, które przygotowują do pierwszych startów. Trzeba nabrać świeżości, pewności siebie, komfortu psychicznego.

Co się czuje dzień przed pierwszym startem w sezonie?

- Stres. Jest on dużo większy niż przed kolejnymi biegami. Przynajmniej ja tak mam i to się powtarza rok w rok. Początek sezonu jest dla mnie zawsze jedną wielką niewiadomą. Jest dreszczyk emocji związany z weryfikacją tego, w którym miejscu jestem na tle rywalek i koleżanek z kadry.

Rok temu ta weryfikacja przeszła pozytywnie, bo już pierwszy bieg przyniósł podium. Wtedy rozpoczynałyście w Pokljuce, teraz start Pucharu Świata wraca do Ostersund, gdzie te inauguracje w twoim wykonaniu były różne.

- Niestety wracamy do Ostersund. Nie lubię tego miejsca. Nie wiem czy z tym wiąże się to, że starty tam mi nie wychodzą. Może to jest kwestia śniegu, który jest tam dość specyficzny. Staram się nie nastawiać z góry negatywnie do tego miejsca. Widziałam, że organizatorzy zamieszali nieco w programie zawodów i zaczynamy nie od biegu długiego tylko od sprintu. Może to przełamie tę monotonię. Fajnie jakby ten sezon zaczął się od takiego „bum”, jak rok temu.