Greis: Wiem jaki postęp w ostatnich latach poczyniła reprezentacja Polski

Jako zawodnik trzykrotnie stawał na najwyższym stopniu podium igrzysk, jako trener wciąż jest na początku swojej drogi po sukcesy. W piątek 42-letni Michael Greis ogłoszony został nowym szkoleniowcem polskich biathlonistek. - Progres ich indywidualnych rezultatów stawiam sobie za główny cel. Wierzę również w to, że uda się wykreować czwartą zawodniczkę na wysokim poziomie, co pozwoli nam liczyć się w biegach sztafetowych - powiedział nam Niemiec.

Jako były zawodnik, później ekspert telewizyjny, a od roku także już trener reprezentacji na poziomie Pucharu Świata pewnie mimowolnie śledził Pan sytuację polskich biathlonistek, które w ostatnich latach ocierały się przecież o medalowe pozycje?

- Na początek muszę przyznać, że gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę pracował w Polsce to bym w to nie uwierzył. Śledzę na bieżąco to co się dzieje w biathlonie i wiem jaki postęp w ostatnich kilku latach poczyniła reprezentacja Polski. Widzę podstawy do dalszego systematycznego rozwoju, dlatego cieszę się z możliwości pracy z polskimi biathlonistkami. To właśnie progres ich indywidualnych rezultatów stawiam sobie za główny cel. Wierzę również w to, że uda się wykreować czwartą zawodniczkę na wysokim poziomie, co pozwoli nam liczyć się w biegach sztafetowych.

Po tegorocznych wynikach Moniki Hojnisz oczekiwania wobec niej, ale również Kingi Zbylut i Kamili Żuk jeszcze bardziej wzrosły? Trudno będzie im sprostać?

- To normalne, że każdy zawodnik nawet jak jest już na najwyższym światowym poziomie, zawsze znajduje jakiś element, który mógłby poprawić. W sporcie bardzo ważna jest jednak cierpliwość, tylko jak jest się cierpliwym można poprawiać swoje umiejętności i to zarówno pod względem fizycznym, jak i mentalnym. Znam to z doświadczenia, bo swoje największe sukcesy odnosiłem zbliżając się praktycznie do trzydziestki.

Jakim jest Pan trenerem? Lubi Pan gdy jest jasna granica między sztabem szkoleniowym a zawodnikami czy też woli Pan ich traktować po przyjacielsku?

- Dobre pytanie. Najodpowiedniej jest chyba czerpać po równo z obu tych postaw. Podstawą sukcesu będzie obustronne zaufanie.

W przeszłości reprezentacja Polski sporo czasu podczas letnich przygotowaniach spędzała w Niemczech. Domyślam się, że nie zamierza Pan tego zmieniać?

Jesteśmy jeszcze na etapie planowania letnich obozów, ale zapewne zawitamy zarówno do Oberhofu, jak i do Ruhpolding. Oba te miejsca są świetne do treningów o tej porze roku. Jako zawodnik sam przygotowywałem się głównie na obiekcie w Ruhpolding. Do tej pory nie miałem jeszcze okazji być w Polsce, myślę, że teraz będą ku temu okazje.

Ma Pan świadomość, że w Polsce Michael Greis kojarzony jest przede wszystkim jako gość, który skradł złoty medal Tomaszowi Sikorze? Jakie są Pana wspomnienia z tamtego dnia?  Mieliście może okazję powspominać wspólnie ten bieg?

- Nie sądziłem, że aż tak dałem się wam we znaki. Wspomnienia są piękne. Po dogonieniu Tomasza byłem przerażony, że dogoni nas Bjoerndalen. Dlatego nie zwalniałem ani na chwilę. Tomek nie był w stanie utrzymać tempa, ale obaj dotarliśmy do mety przed Ole, który przecież cztery lata wcześniej wygrał wszystko. Niestety nie mieliśmy okazji do wspólnych wspomnień, ale prawdopodobnie niedługo będzie na to szansa.

Proszę opowiedzieć coś więcej o momencie zakończenia przez Pana kariery. Wszystko to wydarzyło się tak nagle w grudniu 2012 roku. Co było główną przyczyną?

- Była to bardzo emocjonalna decyzja. Po kłopotach zdrowotnych w sierpniu 2011 roku kolejny sezon był dla mnie bardzo ciężki. Już wówczas myślałem o tym, co będę robił po zakończeniu kariery. Przepracowałem jednak całe lato 2012 roku i zakwalifikowałem się do składu na zawody Pucharu Świata. Po pierwszym starcie zdałem sobie sprawę, że nie mam już tego zapału co dawniej. Dodatkowo znów doskwierała mi kostka. Wiedziałem, że nie będę już w stanie startować na zadowalającym poziomie. Moja kariera sportowa była na tyle udana, że nie musiałem już niczego udowadniać. Poza tym widziałem grono młodych biathlonistów, którzy czekają już na to by z powodzeniem zająć moje miejsce.

Było dla Pana czymś oczywistym, że po zakończeniu kariery czas na pracę trenerską?

- Wcale tego nie planowałem. Po ukończeniu studiów na kierunku zarządzanie międzynarodowe dostałem ciekawą ofertę pracy z ośrodka w Lenzerheide. Początkowo miałem się zajmować zarządzaniem obiektu również od strony biznesowej, potem przekształciło się to w pracę szkoleniową. Pracowałem z grupą 35 zawodników z regionu wschodniej Szwajcarii w wieku od 14 do 25 lat. Wiem, że pojawiały się również informacje o tym, że trenowałem kadrę Mongolii, ale fakty są takie, że poprzez znajomość z Munkhbayar Dorjsuren, światowej kasy strzelczynią sportową, pomagałem tylko załatwiać mongolskim biathlonistom sprzęt sportowy.

Sytuacja, jaką Pan zastał w pracy z kadra USA wydaje mi się być podobna do tej w Polsce. Amerykanie w ubiegłym sezonie musieli radzić sobie bez Lowella Baileya i Tima Burke’a, w naszym zespole kobiecym zabrakło z kolei Krystyny Guzik i Weroniki Nowakowskiej. Budowa zespołu od początku może się udać bezboleśnie?

- Wymiana pokoleniowa nigdy nie jest czymś prostym. Z drugiej strony jest to doskonała okazja dla młodszych zawodników, żeby udowodnić swoją wartość. Będąc w USA miałem okazję pracować z Seanem Doherty’m, jednym z najlepszych juniorów ostatnich lat. W minionym sezonie zanotował swoje najlepsze rezultaty, udało mu się po raz pierwszy zająć miejsce w pierwszej dziesiątce, o co w męskim biathlonie jest niezwykle trudno ze względu na bardzo wysoki poziom.

Dlaczego zatem przygoda za oceanem skończyła się już po roku?

- Z amerykańskiego związku odszedł Bernd Eisenbichler, a więc osoba, dzięki której znalazłem się na tym stanowisku. Po tym gdy on przestał być dyrektorem uznano, że to dobra okazja do tego, aby poustawiać cały pion sportowy od nowa. Wspólnie zdecydowaliśmy się zakończyć współpracę.

Powiązane osoby

 Niemcy | mężczyzna | Michael Greis