Z przeszło dwuminutową przewagą nad swoim kolegą z reprezentacji Johannes Thingnes Boe wygrał skrócony bieg indywidualny w Canmore. Jak sam przyznał, długo czekał na kolejny start po ostatnim w Anterselwie i już prawie zapomniał o pucharowych zmaganiach.

Biathloniści wrócili na trasy po blisko dwóch tygodniach przerwy. W dodatku za oceanem i w ekstremalnym zimnie, które zmusiło organizatorów do modyfikacji programu zawodów.

- Czekaliśmy bardzo długo na kolejne starty. Ten Puchar Świata bardzo różni się od innych z powodu zimna. Nie byłem w nastroju startowym aż do dzisiejszego poranka. Fajnie było wrócić na trasy i do walki z innymi zawodnikami – stwierdził norweski zwycięzca.

Johannes Boe podkreślił, że podczas biegu zimno szczególnie mu nie przeszkadzało.

- Użyliśmy specjalnych ogrzewaczy na ręce. Ważna była też rozgrzewka. Ale dzisiaj nie było jeszcze tak źle, w porównaniu do początku tego tygodnia. Dzisiaj było jak w normalny zimny dzień w Norwegii - dodał.

Młodszy z braci Boe został pierwszym w historii zwycięzcą skróconych biegów indywidualnych w Pucharze Świata. Nigdy do tej pory taka konkurencja nie została rozegrana w zawodach tej rangi.

- Bardzo mi się ten format podobał. Uważam, że to lepsze niż 20 kilometrów. Są mniejsze różnice między zawodnikami i pewnie jest to przyjemniejsze do oglądania dla kibiców – powiedział.

Po raz drugi w tym sezonie na podium indywidualnej konkurencji stanął Vetle Sjastad Christiansen, który podobnie jak lider Pucharu Świata, odczuł już pewne rozluźnienie w startowym rygorze.

- Chyba mam podobne odczucia jak Johannes. Ten tydzień był inny, nie trenowaliśmy na zewnątrz przez dwa dni. Trenowaliśmy trochę w sali i poszliśmy na dobrą kawę. Ale kiedy obudziłem się dzisiaj rano, poczułem w żołądku, że to dzień startu – przyznał.

W pierwszej piątce znalazło się aż czterech Norwegów. Tuż za podium znalazł się Lars Hegle Birkeland, który zanotował tylko jedną pomyłkę na strzelnicy.

- Myślę, że mamy lepsze narty niż inni – wielkie dzięki dla naszych smarowaczy. Poza tym, zostaliśmy dłużej w Antholz, na dużej wysokości, od świąt byliśmy w domu w zasadzie 10 godzin. To na pewno też dzisiaj pomogło – stwierdził Christiansen.

Na podium wrócił też Alexander Łoginow, który w Ruhpolding, a szczególnie w Anterselwie plasował się na gorszych miejscach.

- Bardzo się cieszę, że znowu jestem na podium, szczególnie w biegu indywidualnym, który bardzo lubię. Warunki pogodowe mi nie przeszkadzały, dorastałem i uczyłem się biathlonu w takich warunkach – powiedział Rosjanin.

Zawodnik stwierdził też, że jego lepsza forma w Canmore nie jest wynikiem treningów, ale wypoczynku.

- Byłem trochę zmęczony po Antholz, ale spędziłem tydzień z moją dziewczyną i teraz lepiej się czuję. Moja dziewczyna jest zresztą tutaj ze mną. Jestem bardziej zrelaksowany - dodał.

Jeśli pogoda w Canmore po raz kolejny nie pokrzyżuje organizatorom planów, panowie powrócą na trasy 8 lutego i o 20.30 polskiego czasu i rozegrają bieg sztafetowy.

Powiązane osoby

 Norwegia | mężczyzna | Johannes Thingnes Boe

 Norwegia | mężczyzna | Vetle Sjastad Christiansen