„Powinniśmy mieć jeszcze jednego brata i całe podium byłoby nasze!”

Podczas konferencji prasowej po biegu sprinterskim dużo istotniejszą kwestią niż kolejna wygrana Johannesa, okazała się obecność na podium dwóch braci Boe. Tarjei komentował tan fakt z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. 

To już ósme zwycięstwo Johannesa Boe w tym sezonie. Dokładnie tyle samo wygranych zanotował w całym zeszłorocznym Pucharze Świata.

- Czyli nie muszę już wygrywać, żeby być na tym samym poziomie, co w zeszłym roku. Ale jeśli wygram jeszcze raz, to pobiję mój własny rekord. Będę się o to starać – stwierdził.

Młodszy z braci Boe jako jedyny z czołówki wybrał tak niski numer startowy – 51. Norweg przyznał jednak, że to nie on podjął taką decyzję.

- To była decyzja smarowaczy. Zaufałem im. Myślę, że to był dobry wybór - dodał.

Lider tegorocznego Pucharu Świata wygrał pomimo jednej karnej rundy, którą zafundował sobie w drugim strzelaniu.

-Wiedziałem, że muszę pobiec szybko. Ostatnią rundę zacząłem na maksimum i postanowiłem sprawdzić, na ile wystarczy mi sił. Okazało się, że starczyło aż do mety - zakończył.

To nie pierwszy raz, kiedy dwaj bracia Boe spotykają się na podium. Wciąż jednak robi to wrażenie nie tylko na kibicach, ale na samych zainteresowanych.

-To zawsze będą specjalne momenty – dzielić podium z bratem. Nie często byliśmy razem w czołówce. Powinniśmy mieć jeszcze jednego brata i całe podium byłoby nasze – zażartował Tarjei.

W przeciwieństwie do swojego brata, Tarjei Boe wystartował z niskim numerem startowym i musiał czekać na potwierdzenie swojej wysokiej lokaty.

- Kiedy strzeliłem 10 na 10, dobrze wypadłem biegowo i udało mi się pokonać Martina i Benedikta, wiedziałem, że na trasie pozostał tylko jeden człowiek, który może być pierwszy lub drugi. Mój brat - dodał.

Sukcesy Johannesa przyćmiły nieco osiągnięcia Tarjei, ale warto przypomnieć, że kilka lat temu to on brylował w czołówce Pucharu Świata, a w sezonie 2010/2011 zdobył kryształową kulę. On sam wydaje się nie mieć z tym problemu i wciąż żartuje z braterskiej rywalizacji.

- Żółta koszulka jest w zasadzie naszym celem rodzinnym. Jakbym miał wybierać kto ma mnie pokonać, to oczywiście wybrałbym Johannesa, ale mam nadzieję, że on kiedyś pozwoli mi wygrać. Następną szansę mam w niedzielę. Obym wtedy to ja był pierwszy, a on drugi. I tak zdobędzie sporo punktów - zakończył.

Bardzo nierówno w tym sezonie startuje Benedikt Doll. Po trzecim miejscu w sprincie w Hochfilzen, słabo wypadł w Nowym Meście. W Obehofie z kolei zanotował co najwyżej czwartą lokatę.

Wiedziałem, że to będzie trudna walka, że Johannes startuje późno. Po drugim strzelaniu kalkulowałem, z Johannesem będzie trudno wygrać, ale jestem wstanie pokonać Martina – opowiedział.

Niemiec również biegał jedną karną rundę, pomylił się w ostatnim strzale stójki.

- Nie sądzę, że strzelałam zbyt szybko. Myślę, że raczej zbyt wolno. Zawahałem się przed ostatnim strzałem, poruszyłem się i straciłem celność. Gdybym zaufał mojemu strzelaniu, nie stracił rytmu, być może nie byłoby tego błędu – zastanawiał się.

Doll przyznał, że te kłopoty mogły wyniknąć z faktu, że w Ruhpolding strzelnica jest bardzo blisko trybuny dla kibiców, a ci bardzo żywo reagują na występy swoich reprezentantów. Niemiec powiedział też, że na jego formę dobrze wypłynęła wyjątkowo w tym sezonie długa świąteczna przerwa w startach.

- Dla nas biathlonistów bardzo ważna była dwutygodniowa przerwa w okresie świąteczno-noworocznym. Inni sportowcy, biegacze narciarscy, mają wtedy Tour de Ski i nie mają takiego momentu w sezonie, kiedy można przygotować się ponownie do nadchodzących startów.

Kolejną konkurencją, jaka czeka panów w Ruhpolding będzie bieg sztafetowy. Początek zaplanowano na 18 stycznia o godzinie 14.30.

Powiązane osoby

 Norwegia | mężczyzna | Johannes Thingnes Boe

 Norwegia | mężczyzna | Tarjei Boe

 Niemcy | mężczyzna | Benedikt Doll