Oslo - wrażenia z wyjazdu na Puchar Świata

Moim marzeniem od dziecka była wyprawa do Oslo i możliwość zobaczenia w akcji Ole Einara Bjoerndalena, który jest moim idolem od mniej więcej 20 lat. Dwa lata temu, gdy w Norwegii odbywały się mistrzostwa świata, chciałem zorganizować spontaniczny wypad, ale ostatecznie się na to nie zdecydowałem, czego później oczywiście żałowałem, biorąc pod uwagę wspaniałe rezultaty osiągane wtedy przez „Króla biathlonu”...

Rozmyślając na temat kolejnego wyjazdu na zawody Pucharu Świata, a miałem ich wtedy na koncie wówczas pięć (Pokljuka, Oberhof, Anterselwa i dwa razy Nove Mesto), wiedziałem, że nie mogę przegapić kolejnej okazji, bo wiele wskazywało na to, iż będzie to ostatni rok wspaniałej kariery Ole Einara Bjoerndalena. Wahałem się tylko przez moment. Stwierdziłem, że tym razem muszę tam być! Napisałem do koleżanek, z którymi rok wcześniej byłem w Czechach. Następnego dnia odpisały, że są zdecydowane, więc najważniejszy krok został poczyniony. Przekonałem też swoją dziewczynę, Paulinę, że taki wypad to świetna sprawa. W każdym razie dla całej naszej czwórki miał to być pierwszy lot w życiu, więc zapowiadało się ciekawie.

Na swoje barki wziąłem organizację tego wyjazdu. Trzeba było kupić bilety lotnicze, bilety na stadion, znaleźć kwaterę, załatwić transport z lotniska na nocleg, no i ubezpieczyć całą grupę. Za kwestie logistyczno-noclegowe naszych wyjazdów odpowiadała zazwyczaj Basia (Friducha), która niestety w tym roku nie mogła się z nami wybrać. Ze względu na ograniczenia czasowe i koszty zdecydowaliśmy się tylko na weekendowy wypad. Dzięki koledze, który mieszka od jakiegoś czasu w Norwegii, udało mi się w miarę szybko ogarnąć zakup biletów lotniczych i znaleźć fajny serwis „airbnb”, gdzie znaleźliśmy super kwaterę w bardzo dobrej jak na Norwegię cenie, bo za dwie noce płaciliśmy w sumie nieco ponad 250 zł od osoby…W dodatku mapy google pokazywały niecałe 4 kilometry piechotą na stadion, czyli jednym słowem – REWELACJA. Z dostaniem się na stadion nie było jednak tak prosto, ale o tym później.

Bilety lotnicze w dwie strony kosztowały na głowę mniej więcej tyle samo co kwatera. Oczywiście na początku wszystko wyglądało korzystniej, ale po dodaniu rezerwacji miejsc, opłat takich, siakich i owakich, koszt nieco się zwiększył. Większym problemem był natomiast sam transport z lotniska, gdyż jest ono oddalone od Oslo o mniej więcej 120 kilometrów. Na szczęście jest kilka opcji, z których można skorzystać. Najkorzystniej chyba jest zarezerwować busa, który odbierze nas z lotniska i zawiezie pod sam nocleg. W Norwegii działa kilka firm, które się tym zajmują. Kilka dni przed wyjazdem wykonałem parę telefonów i umówiłem się z jedną firmą na 225 koron od osoby (około 100 złotych) w jedną stronę. Są też inne alternatywy. Jak choćby coś na podobę naszego PKSu. Z tego co się orientuję to wydatek rzędu 190 koron. Niestety nie ma czegoś takiego jak przystanek na żądanie, więc autobus prawdopodobnie dojeżdża na „dworzec” i „radźcie sobie sami”. Trochę kiepska sprawa zważywszy na godziny nocne w obcym miejscu i posiadany bagaż. Ostatnią alternatywą jest pociąg, do którego dojeżdża się podstawianymi, darmowymi autobusami spod lotniska. Jednak o dziwo ten środek transportu jest najdroższy i najbardziej skomplikowany logistycznie.

Ok, tyle w kwestii organizacji, teraz pora na konkrety, czyli przebieg naszej podróży razem z wrażeniami. Pominę może sprawy związane z pakowaniem, kombinowaniem w jaki sposób upchnąć jak najwięcej jedzenia do bagażu głównego (mieliśmy tylko jedną wspólną walizę, która nie mogła ważyć więcej niż 20 kg) – chociaż z tym było mnóstwo pracy i główkowania. W każdym razie nie każdego by to interesowało, podobnie jak dojazd do Gdańska, skąd w piątek po godzinie 20 odlatywaliśmy.

Jako miejsce zbiórki wybraliśmy parking przed jednym z gdańskich escape roomów, gdzie postanowiliśmy się rozerwać i odprężyć przed wylotem oraz ostatecznie już zapakować nasz bagaż główny. Dla Ariany i Edyty była to pierwsza wizyta w escape roomie. Z pokoju udało nam się wyjść 8 minut przed czasem, więc był to dobry prognostyk przed dalszą podróżą. Na lotnisko dotarliśmy 2,5h przed odlotem. Mogliśmy więc na spokojnie zważyć jeszcze raz swój bagaż, pożegnać się z bliskimi i posilić kanapkami. Odprawa bagażu głównego poszła bez żadnego problemu. Nasza waliza ważyła 19,8 kg, czyli tak prawie na styk. Chyba jest jednak coś w tym, że wagi na lotniskach nieco przekłamują, bo według naszych obliczeń mieliśmy zapas ponad kilograma. Trochę więcej komplikacji było na odprawie osobistej. Najbardziej podejrzana wydała się kontrolerom Ariana, której nie dość, że przejrzeli plecak, kazali zdjąć buty, to jeszcze sprawdzili Ją na obecność narkotyków… W każdym razie po kilku minutach mieliśmy już ten najbardziej uciążliwy etap weryfikacji za sobą. Później już poszło bardzo sprawnie. Po mniej więcej godzinie czasu stanęliśmy w kolejce do różowego giganta, którym przyszło nam lecieć. Jak dla mnie wrażenia bardzo fajne. Na początku, przy starcie jest tylko trochę nieprzyjemnie, ze względu na szum w uszach, potem to już sama przyjemność lecieć i obserwować wszystko z góry.

Podróż minęła nam bez komplikacji i po mniej więcej godzinie i piętnastu minutach wylądowaliśmy bezpiecznie na lotnisku w Torp. Jeszcze nie zdążyliśmy odebrać bagażu głównego, a już miałem telefon od kierowcy busa, że czeka na nas na zewnątrz. Okazało się, że do Oslo będziemy jechać z dwoma innymi osobami. Jedną z tych osób był chłopak o przezwisku „Kleszcz”. Na Kleszcza zwróciliśmy uwagę już w samolocie, kiedy zagadywał obce kobiety. Generalnie jest to bardzo specyficzny i zarazem sympatyczny człowiek, bardzo pozytywny i na pewno zapadający w pamięć … Podróż z lotniska do Oslo minęła więc bardzo szybko. Po drodze Pan kierowca opowiedział nam sporo na temat życia w Oslo. Swoje dorzucił też Kleszcz…generalnie było bardzo śmiesznie. Po drodze jechaliśmy przez Drammen, czyli rodzinne miasto Ole Einara Bjoerndalena. Bardzo pięknie położone, szkoda, że ze względu na godziny wieczorne niewiele było widać. Co mnie jeszcze zaskoczyło, to ostrożna jazda kierowców. Na autostradzie jest limit 110 km/h i w zasadzie nikt nie jeździ szybciej. Naszego busa nikt nie wyprzedził przez 120 km…W każdym razie nie ma się co Norwegom dziwić, bo mandaty, nawet jak dla nich są bardzo wysokie, a za przekroczenie nawet o 20-30 km/h prędkości dopuszczalnej, można trafić za kratki…

Samo Oslo szczerze mówiąc nie robi takiego wrażenia jak większość europejskich stolic. Widać, że Norwegowie nie lubują się w przepychu, a żyją raczej skromnie i nie afiszują się ze swoim stanem posiadania. Trudno tam znaleźć ekskluzywne wille, ale jak się okazało, trudno też trafić pod wskazany adres…Najpierw był problem z podrzuceniem „Kleszcza”, bo chłopak za bardzo nie wiedział gdzie jedzie…Potem z kolei GPS trochę zaczął szaleć i przez dobre 15-20 minut mieliśmy problem, bo wyprowadził nas w pole. Dopiero telefon do naszego gospodarza pozwolił rozwiązać ten problem.

Na nasz nocleg dotarliśmy równo o północy. Muszę powiedzieć, że po przekroczeniu progu doznałem szoku. Okazało się, że nasza kwatera, to przepięknie urządzone mieszkanie z dwoma łazienkami, ogromną kuchnią i dużym salonem, gdzie był bodajże sześćdziesięciocalowy telewizor. Po rozpakowaniu bagaży, posiedzieliśmy trochę w salonie, zajadając różne smakołyki. Zanim się pomyliśmy, to na zegarze wybiła godzina trzecia. Trzeba było iść w końcu spać, bo w sobotę czekał nas ciężki dzień. Na szczęście mieliśmy mega wygodne łóżka…Na wygodniejszym chyba w swoim życiu nie spałem.

W sobotę wstaliśmy stosunkowo szybko, żeby mieć zapas czasowy przed zawodami. Po śniadaniu, zapakowaniu prowiantu i nałożeniu na siebie ciepłych ubrań, które okazały się zbędne, mimo podobno kilkunastostopniowego mrozu, wyruszyliśmy na podbój Holmenkollen. No i na dzień dobry kolejne zaskoczenie. Przed przyjazdem do Norwegii, zakładaliśmy, że drogę na stadion pokonamy pieszo…bo co to dla czworga młodych ludzi przejście niecałych 4 kilometrów…? Niestety okazało się, że Norwegowie nie mają w zwyczaju posypywać chodników piaskiem czy solą, więc robi się na nich niezłe lodowisko. Dodając do tego „pagórkowaty” teren, można już mówić o ekstremalnych warunkach. Norwegowie zakładają na buty „raki”. My niestety takowymi nie dysponowaliśmy. Największy problem z poruszaniem się miała Ariana, która bardzo uważała, żeby się nie przewrócić. Tego niestety nie uniknęła Edyta, która wywinęła na szczęście niegroźnego orła. Po 100 metrach zgodnie stwierdziliśmy, że wyprawa pieszo nie ma sensu, bo dojście naszym tempem zajęłoby nam pewnie ze 3 godziny…Zatrzymaliśmy się wobec tego na najbliższym przystanku i popytaliśmy miejscowych, jak najszybciej dojechać na stadion. Mieliśmy szczęście, bo po 2 minutach pojawił się autobus (na tym przystanku zatrzymywały się chyba tylko dwie linie, w tym jedna nocna). Postanowiliśmy wejść do środka i tutaj kolejne mega zaskoczenie. Pani kierowca na spokojnie wytłumaczyła nam jak możemy się dostać na stadion. Podała nam ileś tam opcji. Autobus stał w miejscu pewnie z 5 minut. U nas w Polsce pewnie skończyłoby się po chwili na tekście: „Jedzie Pan albo nie”, ewentualnie ktoś z pasażerów by dorzucił „szybciej k****, bo się do pracy spieszę”…Tutaj wszystko na spokojnie, grzecznie. Na koniec Pani zaproponowała, że nas podwiezie do centrum…za darmo! Dopiero tam mieliśmy kupić bilet na metro. Było to dla nas niezwykle ważne, bo jednorazowy bilet w Norwegii kosztuje...55 koron, czyli mniej więcej 25 złotych…Oczywiście skorzystaliśmy z propozycji. Podczas trwającej ponad pół godziny jazdy podeszła do nas starsza Pani. Powiedziała, że słyszała naszą rozmowę i nam pomoże. Było to dla mnie kolejne zaskoczenie, że nawet ludzie w starszym wieku, znają angielski w stopniu komunikatywnym…U nas w Polsce, czasami uczniowie szkół średnich po 10-12 latach nauki mają problem, aby przekazać najprostsze informacje. Trochę mnie to zaintrygowało muszę przyznać.

W każdym razie Pani rzeczywiście nam bardzo pomogła. Wskazała przystanek gdzie mamy wysiąść, poszła z nami do kasy kupić bilet i na koniec zaprowadziła na stację i wskazała konkretny pojazd, do którego mieliśmy wsiąść. Norwegowie nazywają to metrem, ale jest to raczej nietypowy pociąg, który jedzie bardzo powoli, może z 10-15 km/h, bo jego trasa cały czas wiedzie pod górę. Podróż tym „metrem” zajęła nam dobre 20 minut, może nawet dłużej. Na koniec czekała nas trwająca 10 może 15 minut „wspinaczka”. Na szczęście teren był już dostosowany do ruchu pieszych. Reasumując, podróż na stadion z noclegu zajęła nam pewnie z 1,5 h…czyli dłużej, niż lot z Gdańska do Torp… Przed stadionem wpadłem na dobry pomysł. Postanowiłem zadzwonić do naszej firmy „przewozowej” i podpytać o możliwość powrotu ze stadionu do domu. Po małych pertraktacjach ustaliliśmy, że 3 przejazdy (sobota powrót, niedziela dojazd i powrót) dla 4 osób będą kosztować w sumie 100 koron na głowę. Wychodziło więc po 33 korony na dojazd w jedną stronę….w porównaniu do 90 koron środkami komunikacji miejskiej (55 koron autobus + 35 metro). Nie mówiąc już o oszczędności czasu, bo bus jechał jakieś 5-10 minut.

Ok, tyle jeżeli chodzi o transport. Teraz pora na biathlon. Sam stadion jest bardzo charakterystyczny. Dość długi dojazd na strzelnicę/metę. Dobrze widoczna w oddali skocznia. Z perspektywy trybuny, mimo wszystko wydaje się to i tak mniejsze. Oglądając relację w telewizji wydaje się, że od momentu pojawienia się zawodnika, do momentu, gdy przekroczy linię mety, mijają wieki. W każdym razie i tutaj zostałem nieco zaskoczony. Tym razem trochę negatywnie. Szczerze przyznam, że atmosfera na stadionie w porównaniu do Nowego Mesta czy Oberhofu była bardzo słaba. Ludzie w większości byli bardzo bierni. Nawet swoich średnio dopingowali. Trochę tak jakby był piknik emerytów albo typowy mecz na Santiago Bernabeu, gdzie ludzie przychodzą po prostu „popatrzeć”… Ok, fajnie jak Ci do ucha nie gwiżdże tysiąc trąbek i nie słyszysz wokół tych makabrycznych, wielkich „kołatek”, których dźwięk powoduje, że człowiek czuje jakby mu się ktoś do mózgu przewiercał, ale jednak atmosfera robi swoje. Doping jest potrzebny, bo emocje są wówczas większe. Oczywiście dla mnie emocje w dużej mierze skończyły się w czwartek, gdy Bjoerndalenowi zabrakło 3 sekund, aby zakwalifikować się do biegu pościgowego i na 99% było pewne, że Go w Oslo nie zobaczę… Pozostało mi więc dopingować innych Norwegów, a wśród Pań trzymać kciuki za naszą sztafetę.

Niestety dla mnie, a stety dla dziewczyn, kolejny bieg w tym sezonie wygrał Fourcade. Natomiast wśród sztafet triumfowały Francuzki, także ku wielkiej uciesze moich koleżanek. Powrót do domu też mieliśmy z przygodami. Po mniej więcej półgodzinnym czekaniu na zawodników i zrobieniu kilku zdjęć (dziewczynom udało się między innymi zrobić fotki z Francuzami), czekała nas kolejna podróż z przygodami. Z Norwegami jest czasami trochę dziwnie. Ich służby jak powiedzą, że gdzieś nie można iść, to Cię nie puszczą, chociaż w sumie nie wiadomo dlaczego…Taka sytuacja miała miejsce właśnie w przypadku naszego busa, który podjechał na parking położony wyżej od stadionu. Nam niestety nie pozwolono do niego podejść. Kierowca musiał wobec tego zjechać na dół. Mówił, żebyśmy czekali przy drodze i wskoczyli do środka, gdy będzie przejeżdżał. Niestety chodnik po obu stronach był otoczony barierkami. Przejść można było tylko przy nielicznych przejściach dla pieszych. Tam jednak też była pełna kontrola. Gdy ludzi oczekujących na przejście trochę się uzbierało, przedstawiciele służb porządkowych wchodzili na jezdnię i blokowali ruch. Taka sytuacja miała miejsce akurat, gdy nadjechał nasz bus. Został zatrzymany, a my już prawie byliśmy w środku, gdy ktoś powiedział, że nie jest to możliwe, żebyśmy wsiedli w tym miejscu, chociaż pewnie zajęłoby to nam kilkanaście sekund. Cóż, przyszło mi biec w dół, aby zobaczyć, gdzie zatrzyma się bus. Na szczęście niedaleko była restauracja, gdzie mógł wjechać na parking. My z kolei nie mogliśmy w tym miejscu przejść przez jezdnię, wobec tego zaczął się bieg w drugą stronę, pod górę i czekanie później na przejściu dla pieszych. Trochę nas to nerwów kosztowało, bo obawialiśmy się, że nasz kierowca straci nerwy i odjedzie, ale summa summarum wszystko się szczęśliwie skończyło i udało się nam dotrzeć na nocleg.

Po rozpakowaniu się, zdjęciu grubych ubrań i toalecie postanowiliśmy pójść do pobliskiego sklepu i pozwiedzać nieco okolicę. O wyjeździe do centrum, który wcześniej rozważaliśmy, nie mogło być mowy. Same bilety w dwie strony wyniosłyby nas 110 koron od osoby. Nie mówiąc już o niewiadomych warunkach poruszania się w centrum, no i jednak braku znajomości miasta. W każdym razie nawet samo zejście do sklepu, to dla dziewczyn było nie lada wyzwanie. Na miejscu okazało się, że ceny niektórych produktów były kosmiczne. Chleb, po konsultacji z miejscową kobietą, kupiliśmy ostatecznie za 35 koron, ale w porównaniu do polskiego chleba, to się nawet nie umywa… Bardzo smaczna była za to czekolada, która w smaku przypominała „naszą” milkę toffee wholenut. Po mniej więcej godzinnym spacerze i zrobieniu sporej ilości zdjęć, wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolację i poszliśmy na odpoczynek do salonu. Kanapa była tam mega wygodna, podobnie zresztą jak nasze łóżka. A wszystko to skłaniało do degustacji słodyczy zabranych z domu. Tak właściwie, to dziewczyny degustowały, a ja to w zasadzie pożerałem, bo moje uzależnienie od słodyczy jest powszechnie znane…Wystarczy wspomnieć, że na podróż poza batonikami, zabrałem jeszcze pudełko czekoladek z rumem (wielkości ptasiego mleczka), dużą czekoladę (300g), dwie paczki żelków i kilogram cukierków. W dużej mierze ja byłem odpowiedzialny za uszczuplanie zapasów.

A jak jest wygodna kanapa, stos słodyczy i dobre towarzystwo, to co się robi? Gra się w karty. Moim wyzwaniem w trakcie tego wyjazdu miało być nauczanie Ariany grać w tysiąca. Niestety koleżanka szybko wymówiła się zmęczeniem i uciekła do łazienki. Zostaliśmy więc na placu boju we trójkę. Po mniej więcej 2-3 h gry i przeglądaniu kanałów posiadanych przez naszego gospodarza stwierdziliśmy, że pora powoli szykować się do snu, bo kolejny dzień zapowiadał się bardzo intensywnie.

W niedzielę wstaliśmy bardzo szybko, bo trzeba było się przygotować na stadion, spakować i posprzątać po sobie. Na godzinę 10 byliśmy umówieni na podwózkę na stadion. Przyjechała po nas chyba sama Pani właścicielka. Wysadziła nas bardzo blisko wejścia na stadion, więc mieliśmy sporo czasu przed zawodami, które rozpoczynały się o 12. Paulina i ja mieliśmy bilet na stadion na obydwa dni, z kolei dziewczyny w niedzielę chciały mieć tylko na trasę, więc musieliśmy się rozdzielić. Oczekiwanie na start trochę się dłużyło, bo gospodarze nie mieli zbytnio pomysłu, w jaki sposób „rozgrzać publiczność”. Atmosfera podobnie jak w sobotę była niestety trochę drętwa. Po raz pierwszy w ogóle widziałem, żeby ludzie siedzieli na trybunie…Mało tego, oni siedzieli nawet w trakcie zawodów. Wstawali tylko na strzelanie, bo pewnie tacy jak ja, którzy stali, im trochę zasłaniali…Jeżeli chodzi o wynik biegu pościgowego, to oczywiście byłem bardzo zadowolony. Daria Domraczewa należy do moich ulubionych zawodniczek, nie tylko ze względu na to, iż Ole Einar Bjoerndalen jest Jej mężem, ale także dlatego, że w przeszłości była trochę zakręcona i jak pewnie większość fanów biathlonu pamięta, potrafiła strzelać nie do swojej tarczy albo ze złej pozycji…W każdym razie po biegu pościgowym udało nam się z Pauliną zrobić kilka zdjęć. Koło nas przechodziła m.in. Kamila Żuk, która zanotowała tamtego dnia najlepszy start w swojej karierze w PŚ.

W przerwie między zawodami postanowiliśmy, że bieg sztafetowy obejrzymy sobie na trasie. Wcześniej odprowadziliśmy dziewczyny, więc wiedzieliśmy jak tam sytuacja wygląda. W każdym razie były trzy różne wejścia na trasę i postanowiłem, że sam szybko je oblecę i zobaczę, gdzie będzie widoczny telebim i dobre miejsce do kibicowania blisko trasy. W trakcie mojego rekonesansu trochę zboczyłem i zapuściłem się w dość odludne miejsce. W pewnym momencie, koło jednego z prywatnych parkingów, zobaczyłem, że kilkoro dzieci kogoś oblega. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że to Svendsen. Skorzystałem z okazji i podobnie jak te dzieci zrobiłem sobie z Nim zdjęcie. Miałem też możliwość zamienić kilka słów na temat jego startów i przyszłości, ale to pozwolę sobie zachować dla siebie.

W każdym razie udało nam się znaleźć fajną miejscówkę naprzeciw skoczni narciarskiej, w miejscu gdzie zawodnicy wjeżdżali na stadion i skąd dobrze było widać telebim oraz początkowy podbieg. Poszedłem więc po dziewczyny i w tym miejscu zostaliśmy już do końca zawodów. Po sztafecie mieliśmy trochę czasu, więc we czwórkę wróciliśmy na stadion i polowaliśmy na wracających z konferencji prasowej zawodników. Niestety Norwegowie poszli prawdopodobnie do króla, a później być może ulotnili się trochę po angielsku, bo podobnie jak dzień wcześniej, nie było ich widać, no może poza Stianem Eckhoffem, który chodził w tę i z powrotem.

Niestety z bólem serca trzeba było opuścić stadion i udać się do tej znanej nam już restauracji, gdzie umówiliśmy się z naszym kierowcą na odbiór. Po kilkuminutowej jeździe dotarliśmy do naszego punktu noclegowego, gdzie po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć naszego gospodarza. Pal, bo tak ma na imię, okazał się niezwykle sympatycznym człowiekiem z dużą wiedzą na temat biathlonu. Przyjemnie było chociaż przez te kilka minut porozmawiać. „Na pamiątkę” zostawiliśmy mu trochę polskiego jedzenia, więc miejmy nadzieję, że nie będzie nas źle wspominał.

Po przebraniu się, toalecie i przepakowaniu plecaków ruszyliśmy w podróż samochodową na lotnisko. Tym razem mieliśmy okazję za widoku podziwiać piękne, norweskie okolice. Na lotnisku czekała nas kolejna niespodzianka: Kleszcz! Okazało się, że wraca razem z dwoma kolegami „naszym” samolotem. Śmialiśmy się, że pewnie będzie siedział przed nami…i tak się stało! Podróż minęła nie wiadomo kiedy. Kolega Kleszcza okazał się ciekawym rozmówcą, a cała trójka wybrała się do Norwegii, aby pobiegać na nartach po okolicznych szlakach. Poznali się na portalu i mimo dzielącej ich sporej różnicy wieku, z tego co pamiętam 20-30 lat, potrafili się zaprzyjaźnić. Przez pół drogi namawiali mnie, żebym zaczął biegać na nartach, bo podobno „mam do tego warunki” biorąc pod uwagę moje biegowe „doświadczenie”. Kto wie, może kiedyś spróbuję…

Na koniec małe podsumowanie. Sam wyjazd oceniam bardzo pozytywnie. Na pewno było warto, chociaż szkoda, że nie dane mi (nam) było obserwować „Króla Biathlonu” w akcji. Z perspektywy czasu tylko żałuję, że pojechaliśmy tak naprawdę zaledwie na dwa dni. Gdybyśmy polecieli na 4-5, to koszty byłyby niewiele większe (z Pauliną mieliśmy „weekend pass”, który jak się okazało uprawniał nas do obejrzenia także czwartkowych sprintów…). Jedzenia nam zostało sporo, więc myślę, że i na tym polu nie trzeba byłoby wiele wydawać w sklepie. Cóż, było minęło. Nie ma co już nad tym rozmyślać.

Kilka rzeczy mnie zaskoczyło. Najbardziej oczywiście ta bezinteresowna życzliwość i opanowanie Norwegów, zwłaszcza na drodze. Do tego nieposypane chodniki i brak ekskluzywnych willi, których spodziewałem się zobaczyć wiele, biorąc pod uwagę, że Norwegowie uznawani są za bardzo bogatą nację. Jeżeli chodzi o minusy, to niestety atmosfera na stadionie i sam dojazd. Mogliby pomyśleć o dowożeniu ludzi shuttle busami na stadion, co nie tylko odkorkowałoby sam dojazd na Hollmenkollen, ale i na pewno byłoby fajną opcją dla turystów. W każdym razie, gdyby ktoś się zdecydował na wyjazd do Oslo na biathlon w przyszłości, to polecam od razu zapoznać się z cenami i dokładnie przemyśleć kwestie logistyczne na miejscu, bo nie mając dobrego planu można wiele stracić. Na koniec mam tylko taką skromną nadzieję, że jeszcze chociaż raz będę mógł zobaczyć Ole Einara Bjoerndalena w akcji na żywo. Marzyło mi się zobaczyć jak wygrywa (w Oberhofie był swego czasu dwa razy drugi), ale teraz byłbym usatysfakcjonowany dobrym występem, powiedzmy w „10”…chociaż…nadzieja umiera ostatnia, ja ciągle w Niego wierzę ;)