Galeria Mistrzów: Materiał na dominatora

Magnar Solberg, Halvard Hanevold, Ole Einar Bjoerndalen i Emil Hegle Svendsen – do grona mistrzów olimpijskich w biegu na 20km rodem z Norwegii dołączył Johannes Thingnes Boe. Zawodnik, o którym było głośno zanim zdążył nawet zadebiutować w zawodach Pucharu Świata.

Wszystko oczywiście za sprawą starszego o pięć lat brata Tarjei, który już od niemal dekady przynależy do światowej czołówki. Gdy w 2011 sięgał po trzy złote medale Mistrzostw Świata, a do tego wygrywał w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata Norwegowie zacierali ręce. – Tarjei trudno odmówić talentu, ale zobaczycie co się będzie działo, gdy w zawodach zacznie startować jego brat Johannes – można było usłyszeć takie opinie.

Jednym z trenerów, który na początku kariery Johannesa miał okazję z nim pracować był Tobias Torgersen, aktualny opiekun polskich biathlonistek, który podobnie jak inni już wtedy widział wyjątkowość rudowłosego zawodnika. Jednocześnie wskazał element, którego poprawa była niezbędna do tego by zacząć odnosić sukcesy w dorosłym biathlonie.

- Johannes na początku swojej przygody miał ogromne problemy ze strzelaniem. Na poziomie norweskich zawodów juniorskich zawsze pudłował po 3-4 razy więcej od swoich najgroźniejszych rywali, a mimo to z nimi wygrywał. Cieszę się, że teraz jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do zdetronizowania Fourcade’a – powiedział nam pytany o współpracę z Boe.

Jako junior w latach 2012-2013 aż pięciokrotnie zdobywał tytuł mistrza świata juniorów. Debiutu w zawodach Pucharu Świata nie ma prawa jednak wspominać dobrze. Na trzeciej zmianie sztafety zaliczył karną rundę, która w efekcie spowodowała, że Norwegowie zajęli zaledwie dziesiąte miejsce. Kolejne pucharowe starty w sezonie 2012/13 również nie przyniosły dobrych wyników. Zaczęto się zastanawiać czy młodszy z braci nie został rzucony na zbyt głęboką wodę.

Na te dywagacje Johannes odpowiedział na początku następnej zimy. W Le Grand Bornand tuż przed świętami Bożego Narodzenia zanotował dublet – wygrał sprint i bieg na dochodzenie. Mając  20 lat, 6 miesięcy i 28 dni został drugim najmłodszym zwycięzcą Pucharu Świata w historii ustępując pod tym względem tylko Markowi Kirchnerowi. Był jednak niepocieszony, bo z udziału w zawodach zrezygnowało kilku biathlonistów z czołówki. - Myślę, że bym ich pokonał. A teraz mogą mówić, że wygrałem tylko dlatego, że ich nie było – mówił wówczas.

Na igrzyska w Soczi jechał już z łatką zawodnika, który może pokrzyżować plany faworytom. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Słabszą dyspozycję zawodnika zaczęto tłumaczyć wysokością, na której położony byłe olimpijski stadion biathlonowy. Mimo tego Boe z Soczi i tak powinien wracać choćby z jednym medalem wywalczonym w sztafecie. Na swojej zmianie spisał się dobrze, Norwegia przez niemal cały czas znajdowała się na prowadzeniu, ale Emil Hegle Svendsen nie wytrzymał presji, podczas ostatniego strzelania zarobił karną rundę i spadł poza podium.

W kolejnych sezonach Johannes Boe już medale zdobywał i to nie tylko w sztafecie. W 2015 roku został mistrzem świata w sprincie, rok później triumfował w biegu masowym Oslo. Wciąż był jednak chimeryczny. Potrafił w biegu pościgowym spaść z pierwszego miejsca po sprincie nawet do czwartej dziesiątki. Nie zawsze dopisywało mu również szczęście. Podczas mistrzostw świata w 2017 roku przegrał złoto w biegu na 10km o zaledwie 0,7s, co jest najmniejszą różnicą w historii.

Dopiero sezon 2017/18 pokazał, że jest materiałem na dominatora. Z piętnastu zawodów przed igrzyskami wygrał aż osiem, dwunastokrotnie plasował się na podium, a pomimo to nie jest liderem Pucharu Świata. Jak to możliwe?  Martin Fourcade i wszystko jasne. Francuz po raz pierwszy od dawna ma jednak godnego rywala.

W sprincie na igrzyskach obaj zawiedli, Francuz wygrał jednak bieg pościgowy, podczas gdy Boe dalej nie był w stanie przebić się nawet do dwudziestki. Ponownie pojawiły się głosy zwątpienia, zaczęto dywagować o olimpijskim kompleksie Norwega. Lista wybitnych zawodników lub zawodniczek, którzy zawodziły na igrzyskach jest długa. Boe postanowił się jednak z tego grona wypisać i bieg na 20km padł jego łupem.

- Wszyscy powinniśmy się bać Johannesa. Wspiął się na najwyższy poziom i tu już zostanie. Jego wygrana była kwestią czasu. Będzie dalej wygrywać tak jak dziś. Zniszczył rywali, niewielu potrafi tak pewnie sięgać po sukces. Sądzę, że jest bardziej utalentowany ode mnie – powiedział Tarjei Boe po pierwszym pucharowym zwycięstwie brata. Słowa te jak ulał pasowałyby jednak również jako komentarz po biegu indywidualnym w Pjongczang.

Gdyby nie został biathlonistą, pewnie byłby piłkarzem. Zresztą jedno nie przeszkadza drugiemu. Latem 2015 roku już jako biathlonowy mistrz świat podpisał kontrakt z III-ligowym klubem ze swojego rodzinnego miasta Stryn.

- Kiedy wróciłem do domu po sezonie trenowałem trochę z drużyną. Okazało się, że równie dobrze mogę podpisać kontrakt. Na pewno nie będę grał dużo, wynika to choćby z ryzyka kontuzji, ale i tak fajnie będzie móc siedzieć na ławce rezerwowych i grać nawet 10-20 minut w meczu - dodał.

Ostatecznie Boe boiska nie powąchał, był jedynie rezerwowym podczas zremisowanego 2:2 meczu z Voldą, ale może to i lepiej dla jego biathlonowej kariery. Jeśli jest tak samo utalentowanym piłkarzem, jak biathlonistą to mógłby się nim zainteresować Real Madryt i na nartach z karabinem na plecach już byśmy go więcej nie widzieli.

Powiązane osoby

 Norwegia | mężczyzna | Johannes Thingnes Boe